INWESTORZY DO DOMU

Wywiad opublikowany w Tygodniku Powszechnym Nr 2 z 13 stycznia 2002r.

Z Tadeuszem Syryjczykiem rozmawia Marek Zając

 

MAREK ZAJĄC: – W grudniu Polska przegrała przetarg na budowę fabryki Toyoty; zakład powstanie w czeskim Kolinie. Kilka dni temu na włosku zawisła kolejna inwestycja – Nowe Miasto, kompleks usługowo-biurowy przy krakowskim dworcu. Stracić możemy w sumie ponad 2 mld dolarów oraz ponad 14 tys. miejsc pracy. Czy można mówić o kryzysie w dziedzinie inwestycji zagranicznych w Polsce?

TADEUSZ SYRYJCZYK: – Jeśli chodzi o inwestycje związane nie tyle z prywatyzacją, co z zupełnie nowymi przedsięwzięciami, to Polska jest wbrew pozorom w nienajlepszej sytuacji. Jeśli podliczymy globalną wielkość inwestycji, to zajmujemy pierwsze miejsce w Europie Środkowej –   ale tylko dlatego, że jesteśmy największym krajem w regionie. Trzeba jednak spojrzeć na istotniejsze dane: w latach 1989-99 na Węgrzech na jednego obywatela przypadło ponad 1700 dolarów z nowych inwestycji, w Czechach – prawie 1350, a w Polsce – raptem 518. To musi niepokoić, bo takie inwestycje z reguły oznaczają miejsca pracy, modernizację technologii oraz struktury przedsiębiorstw; pełnią więc rolę cywilizacyjną.

Jakie są przyczyny tej dysproporcji między Polską a Czechami czy Węgrami?

– Po pierwsze, na ogół opinia publiczna, a w ślad za nią politycy i inni decydenci nie uświadamia sobie, że w świecie toczy się konkurencja nie między inwestorami, o to którego dane miasto czy państwo przyjmie, ale między krajami, które walczą o inwestycje. Na Zachodzie nie ma już takich nadwyżek kapitału jak w latach 70., gdy Edward Gierek z łatwością zdobywał zagraniczne kredyty. Ze względu na automatyzację pracy, tania siła robocza nie jest dziś już dla inwestorów tak istotnym elementem. Poza tym na świecie jest wiele rynków wschodzących (Trzeci Świat, Azja, Europa Środkowa), a i w państwach najbogatszych jest gdzie i co budować. Konkurencja jest zatem ostra.

      Tymczasem nadal często nie rozumiemy, że inwestycja zagraniczna, czyli de facto sprowadzenie do Polski cudzoziemskiego majątku, jest niemal zawsze korzystna. Dlaczego? Bo nawet jeśli inwestor wywiezie zysk, a podatek dochodowy zapłaci (lub nie) wyłącznie do ojczystego budżetu, to i tak nasze saldo jest dodatnie: powstają nowe przedsiębiorstwa, w których zarabiają nasi obywatele; inwestycja nie dokonuje się kosztem naszej konsumpcji, bo to nie my oszczędzamy na tą inwestycję.

Zachodnie koncerny narzekają, że w Polsce nie ma dogodnych warunków do inwestowania.

– Pod względem kosztów pracy i wysokości podatków możemy konkurować z krajami Zachodu. Gorzej jest natomiast z rywalizacją w regionie: przykładowo, choć Czechy mają wyższy dochód narodowy na mieszkańca niż Polska, to koszty pracy są tam niższe. To druga przyczyna dysproporcji.

      Ważne są wreszcie czynniki polityczne, prawne i społeczne. Ten sam obiekt, który na Zachodzie – od momentu decyzji o inwestycji do oddania jej do użytku – buduje się dwa lata, a u nas powstaje w trzy. Dlaczego? Nie tylko przeciągają się przeciągają negocjacje, ale procedury administracyjne i sądowe ciągną się miesiącami. To wina prawa i  biurokracji, których polityka wciąż nie potrafi naprowadzić na dobre tory.

      Ale nie tylko: po wyborach nowi urzędnicy państwowi czy samorządowi zapominają, że dla inwestora istnieje tylko jeden rząd polski i tylko jedna władza miejska  – bez znaczenia, kto siedzi za biurkiem. Tymczasem nasi politycy – od radnego gminy po ministra – zbyt często uważają, że po wyborach należy wszystko rozpoczynać od nowa. Nawet, jeśli takiemu myśleniu towarzyszą czyste intencje, to państwo na ogół traci wiarygodność w oczach inwestora. Dla mnie jako ministra to zawsze był dylemat: czy całkiem odrzucić niedopracowany kontrakt, czy nie przerywać ciągłości działań, by nie narażać reputacji kraju i nie odwlekać początku przedsięwzięcia? Tymczasem czas i reputacja tez maja swoją wartość, choć często nie wymierną.

      Odwlekanie decyzji w sprawie inwestycji ma jeszcze jeden negatywny skutek. W okresie koniunktury inwestorzy mają zawsze hojniejszą rękę. Gdy pojawia się widmo recesji, firmy wycofują się. Taki mechanizm zadziałał w przypadku hutnictwa: był czas, że do hut stała kolejka inwestorów – może niezbyt długa, ale chętnych nie brakowało. Rządy i zakłady przeciągały jednak negocjacje, koniunktura się skończyła, a inwestorzy zrezygnowali. Zostaliśmy z zadłużonymi i zacofanymi technicznie hutami.

 – Jak kryzys finansów publicznych, nadciągająca recesja i silna pozycja złotówki wpływają na inwestycje zagraniczne w Polsce?

– Trudno na razie mówić o recesji, bo tempo wzrostu gospodarczego, choć maleje, to nadal jest przyzwoite. Nastąpił też wyraźny wzrost eksportu, co gwarantuje rozwój Polski i oznacza, że złotówka nie jest aż tak nadmiernie silna, jak się wydaje.

      Zabiegi gabinetu Leszka Millera o obniżenie stóp procentowych dotyczą zeszytą nie tylko wzrostu gospodarczego (tańsze kredyty zachęciłyby do inwestowania). Minister Hausner tłumaczył, że rząd chce taniej spłacać długi, a z zaoszczędzonych pieniędzy uruchomić programy rządowe. Powstaje pytanie: o jakie programy chodzi? Rada Polityki Pieniężnej słusznie zarzuca rządowi, że chce obniżenia stóp, a nie wprowadza reformy kodeksu pracy i nie walczy z biurokracją w gospodarce, co ułatwiłoby inwestowanie. Obecna ekipa deklaruje wsparcie dla przedsiębiorstw, ale konkretów brak.

      Jest i inne pytanie: o strukturę wydatków państwowych. Czynnikami rozwojowymi są tradycyjne wydatki państwa: na bezpieczeństwo zewnętrzne i wewnętrzne, infrastrukturę (np. drogi) oraz edukację, a także wsparcie i rozwój nowych technologii. Tymczasem środki przeznaczone na te cele są mizerne, bo każdy polski rząd z reguły właśnie tu szuka oszczędności. Tymczasem bez rozwoju tych dziedzin nie ma mowy o inwestycjach. Przykład: we współczesnej ekonomii liczy się nie koszt, ale kwalifikacja siły roboczej. Zmniejszenie nakładów na edukację odbija się – po czasie – nie tylko na ogólnym rozwoju kulturalnym, ale i na inwestycjach. Złe skutki cywilizacyjne będzie miało wycofanie się z reformy edukacji.

– Mówimy o wielu złożonych przyczynach, a może po prostu po kilku latach okazało się, że Polska nie jest krajem odpowiednim do długoterminowych, kosztownych inwestycji?

– Chyba nie istnieje kraj, w którym nie opłacałoby się inwestować na wielką skalę i długoterminowo. Są różne obiegowe opinie, o tym , które czynniki determinują atrakcyjność inwestycyjną danego państwa i jego szanse na gospodarczy sukces, np. surowce naturalne. Tymczasem Związek Radziecki miał w złożach niemal całą tablicę Mendelejewa, a był krajem ludzkiej biedy. Szwajcaria ma tylko góry, lasy i jeziora, a jest jednym z najbogatszych państw świata. Modna była też teoria, że to protestantyzm sprzyja wydajności i solidności pracy. Ale jak wtedy wytłumaczyć sukcesy Japonii czy azjatyckich Tygrysów? Nie szukajmy usprawiedliwienia w czynnikach naturalnych, kulturowych czy historycznych. Pamiętajmy, że Polska jako pierwsza w Europie Środkowo-Wschodniej wyszła z pokomunistycznej recesji i znacznie zmniejszyła dystans do Czech i Węgier.

– Fabryka Toyoty to spektakularna porażka. Są jednak dotkliwsze dla przyszłości kraju, choć trudniejsze do zauważenia inepowodzenia, np. program budowy autostrad – niezbędnych, by przyciągnąć inwestorów.

– Program budowy autostrad od początku był skrojony zbyt optymistycznie. Czy zakończył się klęską? Raczej dopiero się rozpędza; w okresie 1993-97 wybudowano kilkadziesiąt kilometrów autostrad, a przez cztery kolejne lata ok. 130 km. Po raz pierwszy nowych jest więcej niż zostawili nam w spadku Niemcy na ziemiach zachodnich i PRL. Naturalnie, takie tempo wciąż nie wystarcza, aby za 15 lat mieć 1500 km autostrad, ale zastój został przełamany.

      Problemem w tym przypadku jest znów zaczynanie wszystkiego od nowa przez kolejne rządy. Gdy w 1997 r. zostałem ministrem transportu, wszyscy – słusznie - krytykowali umowę na budowę poznańskiego odcinka autostrady A2. Proponowano zacząć nowy proces koncesyjny, albo budować drogę ze środków z budżetu państwa – tyle, że tych pieniędzy nie było. Zdecydowałem się na renegocjację umowy, by nie tracić kolejnych dwóch, trzech lat, choć było jasne, że zarówno inwestor, jak i przeciwnicy umowy, będą w takim przypadku niezadowoleni.

      Marnujemy wiele cennego czasu. Na przykład w 1997 r., tuż przed ustąpieniem koalicji SLD-PSL Sejm Przyjął ustawę, która zmuszała do ponownego przeprowadzenia procedury lokalizacji autostrady A1 – choć jej przebieg ustalono chyba jeszcze przed wojną. Absurdem jest też obwodnica Warszawska:  od kilkunastu lat dziesiątki rzeczoznawców utrzymują się z kolejnych ekspertyz, które nic nowego nie wnoszą, a całe zamieszanie tylko blokuje budowę niezbędnej autostrady Łódź-Warszawa, gdyż Ministerstwo Ochrony Środowiska uparło się odmawiać zgody na lokalizacje odcinak Stryków k. Łodzi – Warszawa, jak długo nie zakończy się spór o obwodnicę Warszawy. Tymczasem i tak musimy wejść do Warszawy bo tam jedzie ponad 90% pojazdów, a raptem 10% ją omija. Na szczęście udało się uruchomić dokończenie obwodnicy Krakowa.

      Pieniędzy na autostrady i drogi było w budżecie zawsze za mało. Co gorsze,  w Polsce dochody z autostrad – ze względu na konieczność kalkulowania wpływów w proporcji do prognozy ruchu i akceptowalnych cen – są wciąż zbyt niskie, by zapewnić szybką opłacalność i przyciągnąć inwestorów prywatnych. Na poznańskim odcinku A2 biznesplan zakłada deficyt przez 17 lat od rozpoczęcia budowy. Inwestorzy potrzebują więc długoterminowych – czytaj: kosztownych – kredytów i gwarancji rządowych, które też nie są dobrem nieograniczonym. Nakłady państwa na inwestycje w infrastrukturę są tak niskie, że w praktyce ograniczamy się do dopłat do grantów otrzymywanych w ramach unijnych programów PHARE i  ISPA. Na infrastrukturze zawsze łatwo się oszczędza i w dyskusji – obojętne czy z AWS, czy z SLD - minister transportu był osamotniony.

Mówiliśmy o barierach w mentalności Polaków. Niechęć do zagranicznych inwestorów to owoc dziesięcioleci realnego socjalizmu czy wynik afer przy prywatyzacjach i przetargach?

–  Atmosfera korupcyjna na pewno nie sprzyja zaufaniu do zagranicznych inwestycji. Do tego dochodzą lata indoktrynacji, że kapitalizm to wyzysk, a inwestycje z Zachodu to zagrożenie dla kraju. Najgorszy jest brak myślenia w kategoriach alternatywy. Czy mamy na tyle kapitału, by inwestować bez udziału firm zagranicznych? Czy chcemy, by środki budżetowe przeznaczone na służbę zdrowia przeniesiono na inwestycje przemysłowe, np. modernizację hut? Czy zrezygnujemy z prywatyzacji kosztem płynności wypłacania emerytur i rent? Czy będziemy płacić wysokie rachunki za prąd, by uniknąć redukcji zbędnych etatów w energetyce?

      Modernizacja jest zawsze związana ze społecznym stresem. Pod koniec XVIII i na początku XIX w. angielscy luddyści niszczyli maszyny, bo obawiali się bezrobocia, rozpadu więzi społecznych i zbyt wysokich wymagań co do kwalifikacji robotników. Na podobne lęki cierpi dziś wielu Polaków. A przecież rozumiemy, że lepiej korzystać z silnika niż pchać kierat.

      Z drugiej strony nie wolno nam zapominać, że reformy i modernizacje przeprowadza się dla ludzi i – ponieważ działamy warunkach demokracji – za ich poparciem. Spoglądając na ogólny wzrost gospodarczy, nie możemy ignorować ludzkiej krzywdy, gdyż obietnica statystycznej poprawy w przyszłości nie zniweluje poważnych kłopotów jakie przeżywają dziś. Niestety, w Polsce dominują na razie skrajne tendencje. Lewicowa unika reform, by nie narazić się ludziom, za co ci płacą potem podwójną cenę. Technokratyczna ignoruje społeczne problemy przemian, co czasem prowadzi do zablokowania koniecznych zmian, gdyż maksymalistyczne projekty prowadzą niekiedy do blokady potrzebnych zmian. Wciąż bardzo trudno o rzeczowe rozważanie polityki gospodarczej, która już nie korzysta z takiego zaufania i zaskoczenia zarazem jak u progu przemian w 1989 roku, a wciąż nie może ograniczyć się do administrowania. Sądzę, że ostatnie zmiany na scenie politycznej raczej wznoszą ideologiczne okopy niż prowadzą do debaty której skutkiem byłaby optymalizacja polityki.

– Brak nam chyba też elementarnego przygotowania do negocjacji. Premier Miller przed końcem przetargu (!) na fabrykę Toyoty oświadczył, że warunki oferowane przez Czechów są "dogodniejsze".

– To nieco inny problem: czasem niepotrzebnie jesteśmy prymusami. Przykład: Unia Europejska nie uznaje specjalnych stref ekonomicznych i wymaga, by rządy nie stosowały tego rodzaju zachęt dla inwestorów, ale w ostateczności – na ściśle określonych zasadach i warunkach - bezpośrednio dofinansowywały ich projekty. Polska stara się do tego stosować, choć nie stać nas na bezpośrednie dotacje i słusznie odkładamy na ostatnią chwilę zakończenie stosowania preferencji w strefach ekonomicznych. Obawiam się, że inne kraje – zwłaszcza Czechy i Węgry oferują ułatwienia dla inwestycji zagranicznych. To skuteczna metoda i też powinniśmy – o ile to możliwe – z niej korzystać, ale z jednym zastrzeżeniem: inwestor powinien być zobowiązany albo do wprowadzenia nowej technologii. Takim celom miała – miedzy innymi - służyć likwidowana właśnie Agencja Techniki i Technologii. Albowiem opinia krajowych przedsiębiorców – słusznie – sprzeciwia się przywilejom dla inwestorów zagranicznych – kryterium powinno być natury rozwojowej. Sporo możliwości ma też samorząd terytorialny – przygotowanie gruntów, tempo uzgodnień administracyjnych – to wszystko jest w jego ręku.

      Nie możemy oferować jedynie korzyści w postaci taniej siły roboczej. Taka polityka prowadzi do sytuacji, w której państwo produkuje rzeczy tanie i prymitywne, co z czasem, gdy spadnie popyt na wyroby niskiej jakości, prowadzi do gospodarczej katastrofy. Poza tym w dobie automatyzacji to jest argument, ale coraz słabszy. Potrzebujemy zatem nowych technologii i wykwalifikowanych pracowników. A to mogą zapewnić inwestorzy i edukacja.

– Jakie sukcesy odniosła Polska w dziedzinie inwestycji zagranicznych po 1989 r.?

–  Mimo ostatnich kłopotów Daewoo i przegranego przetargu na fabrykę Toyoty nieźle radzi sobie przemysł motoryzacyjny. Na Śląsku, mimo masowych zwolnień w górnictwie, bezrobocie nie jest wysokie dzięki m.in. właśnie zagranicznym inwestycjom. Sukcesem jest skala inwestycji w telefonii bezprzewodowej – kilku inwestorów, zdrowa konkurencja, nie ma monopolu. Wydawało się, że kompletnie rozsypie się przemysł stoczniowy, ale wyszedł na prostą. Generalnie: powiodło się wiele inwestycji krajowych i zagranicznych, ale wciąż potrzebujemy ich więcej.

– A porażki?

– Od początku lat 90. wiemy, jak restrukturyzować hutnictwo. I na wiedzy się kończy. Produkujemy stal nisko-przetworzoną – na której się nie zarabia, a importujemy stal potrzebna do produkcji samochodów, puszek itd., na której można zarobić, ale to nie nasze huty na tym zarabiają.

      W Polsce mamy też do czynienia z niebezpieczną centralizacją inwestycji: większość przedsiębiorstw lokuje się w Warszawie. Gdyby stolica była odrębnym regionem w rozumieniu Unii Europejskiej, to nie mogłaby korzystać z dotacji z Brukseli, bo ma stosunkowo wysoki dochód na mieszkańca. Najbiedniejsze regiony potrzebują kilkudziesięciu lat, by osiągnąć taki poziom. Co gorsza, nawet Kraków, Wrocław i Poznań raczej tracą, niż zyskują rangę metropolii – ubywa mieszkańców, inwestorzy lgną do stolicy i nie jest tak, że Kraków przyciąga zdolnych i przedsiębiorczych do siebie, ale z Krakowa zaczyna się jeździć do pracy w Warszawie. Zastój odbije się nie tylko na tych miastach, ale i na regionach wokół nich.

– Jakie konkretne decyzje powinien podjąć nowy rząd, by zachęcić zagraniczne koncerny do inwestowania w Polsce?

– Po pierwsze, odbiurokratyzować gospodarkę. Po drugie, przyłożyć się do promocji kraju. Po trzecie, wypracować mechanizmy skutecznego wspierania inwestorów – w tej kwestii potrzeba znaleźć modus vivendi z UE. I wreszcie, nie zaczynać wszystkich negocjacji od nowa, bo czasem warto poświęcić nawet kilka milionów złotych, by nie stracić kilku lat i przy okazji opinii państwa wiarygodnego i stabilnego.