Polityka, pieniądze, gaz. Kosztowne bezpieczeństwo

 

Z Tadeuszem Syryjczykiem o polskiej polityce energetycznej rozmawia Andrzej Brzeziecki

Tygodnik Powszechny z 9 marca 2003 r.

Andrzej Brzeziecki - Na ile zakup gazu ziemnego jest dla Polski problemem ekonomicznym, a na ile problemem politycznym i ma wpływ na naszą suwerenność?

Tadeusz Syryjczyk: - Są państwa, które kosztem własnych przedsiębiorstw i obywateli gotowe są do różnorakich sankcji wobec innych krajów, by wymusić tym polityczne ustępstwa. W świecie demokratycznym takie postępowanie państwa jest rzadkością - rządy bałyby się narazić własnym społeczeństwom i przedsiębiorstwom. Jednak na ogół naciski takie polegają nie na tym że komuś się czegoś nie sprzedaje, ale na tym, że nie kupuje się od danego kraju towarów lub usług i tym uderza w jego gospodarkę.

Rosja, która jest głównym dostawcą gazu do Polski nie jest już chyba krajem, który podporządkowuje ekonomię celom politycznym, co robiła za  Stalina czy Breżniewa. Eksport surowców jest dla niej niezmiernie istotny i decyzja o ich niesprzedawaniu mocno uderzyłyby w jej dochód. To neutralizuje obawy polityczne. Ale Rosja nie jest jeszcze dojrzałą demokracją rynkową, więc choć z upływem czasu wymiar polityczny handlu gazem maleje, pewne zagrożenie wciąż istnieje. Przypomina o tym ostatnie postępowanie rosyjskich firm naftowych wobec łotewskiego portu w Windawie. Rosyjskie firmy chcą przejąć instalacje  służące do transportu ropy i w tym celu wbrew swym doraźnym interesom wstrzymały korzystanie z tego portu aby wymusić rozmowy o przejęciu całkowitej lub częściowej kontroli. Rosji i jej koncernom wciąż zależy, aby panować - nie wystarczy, że można coś kupić, nawet gdy tak wychodzi taniej.

Czy takie postępowanie Rosjan to jedyne ryzyko związane z handlem z nimi? Kraju duże i niezależne chyba nie muszą się  takich szantaży obawiać.

Na początku lat 90. obawy o dostawy ropy z Rosji nie dotyczyły kwestii politycznych, ale stanu jej przemysłu naftowego. Rosyjskie wydobycie było niepewne, panował bałagan, technologie były przestarzałe, awarie częste. Dziś sytuacja firm naftowych uległa poprawie. Dochodzą za to niepokojące informacje o stanie ekonomicznym – który z czasem przekłada się na techniczny - Gazpromu. Istnieją podejrzenia o wyprowadzenie kapitału firmy na zewnątrz przez poprzednie kierownictwo, Gazprom jest też poważnie zadłużony. Jego długi szacuje się na 14,7 mld dolarów. Jest to więcej niż cała Rosja spłaca w ciągu roku. Spłaty długów muszą pochłaniać zyski – zaciągniętymi kredytami obciążone jest 70 proc. wpływów z eksportu. To zablokuje inwestycje. Jest zatem możliwe, że wydobycie gazu zostanie zakłócone z przyczyn destrukcji technologicznej. Jest to wiadomość zbieżna z faktem niewybudowania  drugiej nitki gazociągu jamalskiego na terytorium Rosji i poniechaniem debat na temat „pieremyczki” - nitki na Słowację z pominięciem Ukrainy.

 Rosjanie myślą o kosztownym gazociągu pod Bałtykiem - może więc poniechanie ukończenia gazociągu jamalskiego podyktowane jest innymi względami?  

Na razie tylko myślą. Trudno zresztą powiedzieć, czy budowa gazociągu na dnie morza byłaby droższa. Byłoby tak, gdyby nie trzeba się liczyć z własnością ziemi. Ale, gdy trzeba płacić za ziemię, to koszty budowy rosną. W naszym interesie leży tak negocjować, aby warunki były korzystne, ale aby jednak opłacało się budować gazociąg przez Polskę. Pozycja tranzytowa jest atutem. Być może Rosjanie mówieniem o Bałtyku przygotowują rozmowy o innej inwestycji; np. o warunkach budowy drugiej nitki przez Polskę.

Poza zyskami z przepływu chyba także zmniejszałaby ona ryzyko, że gaz z Rosji przestanie płynąc do Polski.

W latach 70. nie doszło do porozumień z Rosjanami i większość gazociągów do Europy Zachodniej poszła przez Czechosłowację - nie wiadomo, czy to na skutek nieporozumienia w socjalistycznej rodzinie, czy też dlatego, że Rosjanie uważali nas za kraj niepewny. To spowodowało, że pod względem przesyłu gazu byliśmy krajem końcowym, narażonym na przypadkowe, czy zamierzone, braki w dostawach. Obecnie nasza sytuacja jest lepsza, bo kraj kontrolujący tranzyt do innych państw, jest tym, któremu wyłącza się gaz na końcu. Ważne jest, aby jak najwięcej gazu płynęło przez Polskę.

Ale rządy SLD raczej nie są skore do wywierania nacisku na Rosjan w kwestiach gazu.

 Bezpośrednich dowodów nie ma. Natomiast prawdą jest np., że lewica będąc już w opozycji krytykowała kontrakt z Norwegami. Rząd Leszka Millera negocjacji z nimi nie zerwał, ale przywiązuje do nich mniejszą wagę niż gabinet Jerzego Buzka.

 Zgadzając się na odbiór zakontraktowanych 9 mld m3 z innych połączeń niż druga nitka kanału jamalskiego, rząd Millera właściwie wykluczył jej budowę, a także oddalił szansę na dywersyfikację dostaw gazu.

Zgoda na odbiór gazu z innych miejsc dotyczy podobno tylko roku. Gdyby obejmowała dłuższy okres, wytrąciłaby z ręki kartę przetargową. Trzeba także pamiętać, że mamy własną, zaniżoną,  produkcję gazu: wydobywamy 3 mld m3, a moglibyśmy 6. Obecny rząd zamierza rozwijać wydobycie gazu, co także jest formą dywersyfikacji, pytanie na ile kosztowną i jaki jest horyzont czasowy. Ponadto zwiększenie zużycia gazu wiąże się z decyzją o zmniejszeniu zużycia węgla. Ze wszystkimi tego konsekwencjami, społecznymi i politycznymi.

Ekipa Millera musiała też brać pod uwagę, że gaz od Rosjan jest jednak najtańszy. Kupno gazu ze Skandynawii, po wyższej cenie, podniosłoby jego cenę w Polsce. Istnieją takie gałęzie przemysłu, w których gaz stanowi 70 proc. nieredukowalnych kosztów. Cen gazu dla przemysłu nie można byłoby więc już podnieść. Zatem podwyżką cen gazownictwo musiałoby w całości obciążyć gospodarstwa domowe i małe firmy. Wtedy spadnie jednak popyt na gaz i krąg się zamknie. 

Może bezpieczeństwo energetyczne chyba wymaga  ponoszenia czasem większych kosztów?

Tak, i to politycy taką decyzje muszą podjąć. Byle świadomie. Jest to decyzja w której założeniem jest cena bezpieczeństwa i trzeba ją znać, a potem zdecydować czy warto ją ponieść. W 1990 roku zakładano że gaz z północy kosztowałby około 120% ceny rosyjskiego, a sprowadzany statkami np. z Algerii ok. 140%. Dlatego jako pierwszy kierunek działania podjęto zawarcie kontraktu z Rosją (przedtem panowała prowizorka kontraktowa). Drugim etapem miało być nadanie Polsce charakteru kraju tranzytowego i stworzenie sieci magazynów gazu na wypadek przerw w dostawach. Ostatnim: negocjacje z Norwegią i budowa instalacji przez Bałtyk. Było wiadomo, ze opłacalność tego ostatniego przedsięwzięcia zaczyna się od ok. 10 mld m3 rocznie (dziś mówi się o 8). To znaczy że albo sprawa jest odległa w czasie, albo trzeba szukać innych - poza Polską - odbiorców w naszej części Europy jako partnerów do tego przedsięwzięcia.  Nie znam dokładnych wyliczeń, o ile wzrosłyby ceny gazu w różnych wariantach dzisiaj. W każdym razie musiałyby one unieść ekonomiczny ciężar budowy nowych instalacji.  Według niektórych szacunków zabezpieczenie się gazem z Norwegii kosztowałoby każdego Polaka około 100 zł, ale jak już powiedziałem, obciążone mogą by praktycznie tylko gospodarstwa domowe i to raczej te które z gazu korzystają, a to jest 1/3 zużycia.  Trudno powiedzieć, czy to są koszta, na które możemy sobie pozwolić, by niwelować ryzyko polityczne.

Nie brakuje opinii, że wybudowanie gazociągu z Północy, choćby wiązało się z kosztami, nie tylko zabezpieczyłoby nas przed ewentualnymi przerwami w dostawach gazu od Rosjan, ale także wzmocniłoby naszą pozycję w negocjacjach z nimi.

Takie rozumowanie oparte jest na założeniu, że to my rozgrywamy partię między Norwegami i Rosjanami. Tymczasem oni też ze sobą rozmawiają. Prężąc muskuły i wysilając się finansowo możemy doprowadzić do sytuacji, że rurociąg z Norwegii będzie stał pusty, bo Norwegom będziemy płacić za rosyjski gaz. Bo może się im bardziej opłacać kupować gaz w Rosji i przesyłać go nam ze Wschodu, niż słać swój przez Bałtyk. Oczywiście istnienie instalacji będzie pewnym zabezpieczeniem. Tak już było z ropą w czasach PRL i ZSRR. W barterze jej brakowało, bo awaria itp, itd. Polska kupowała ropę na giełdzie na zachodzie, która potem czasami była pompowana z ... ZSRR. Po prostu ZSRR potrzebował dolarów, a więc wystawiał ropę na giełdę wstrzymując częściowo dostawy dla „przyjaciół”.  Odkąd płacimy w dolarach przynajmniej nie ma tego problemu.

Oczywiście najlepiej byłoby, gdyby przez Polskę szły dwie nitki rurociągu jamalskiego, i żeby szedł do nas gaz z Północy. Jednak żeby ta inwestycja była opłacalna muszą znaleźć się też inni odbiorcy. Niestety norweskie firmy nie znalazły nabywców nawet w Szwecji. Idealnym rozwiązaniem byłoby znalezienie odbiorców w naszym regionie. Niestety wrażliwość innych krajów na ryzyko związane z dostawami z Rosji, jest znikome: kraje Bałtyckie i Słowacja sprzedały częściowo swoje przedsiębiorstwa Rosjanom. Bałkany są za biedne, tylko Czesi myśleli w kategoriach dywersyfikacji, ale dla nich logiczna jest droga przez Niemcy. Nie mamy partnerów do polityki regionalnej, a sami jesteśmy po prostu za małym odbiorcą. W Polsce tempo zużycia gazu rośnie wolniej niż zakładano – prognozy są zresztą zawsze zawyżane przez entuzjastów danego paliwa, którzy widzą w nim największe perspektywy.

 Czy wejście Polski do Unii Europejskiej wzmocni naszą pozycję?

 Akces do Unii oznacza wejście w obszar wolnego handlu, także gazem. Niestety UE także nie wykazuje wielkiej wrażliwości wobec kwestii dominacji Gazrpomu w Europie Środkowej i Wschodniej. Dlatego wykorzystując unijne regulacje ważne będzie pilnowanie, aby rozwijała się infrastruktura łącząca nas z Europą. By możliwe technicznie było kupowanie gazu z Zachodu. Ale gdy rozbudujemy połączenia z Niemcami powstanie dylemat, czy warto dalej myśleć o gazociągu z Północy. Może należałoby się pogodzić z tym, że jesteśmy tranzytem Wschód – Zachód i nastawić się na osiąganie z tego maksymalnych zysków.

Czemu ostatnie decyzje rządu i negocjacje z Rosją owiane były taką tajemnicą?

Tłumaczy się to tajemnicą handlową – kto zna instrukcje dla negocjatorów, wie, jak z nimi negocjować. Natomiast przesadą jest trzymanie w tajemnicy efektów negocjacji. Ich wynik powinien być znany. Zapewne strona rosyjska naciska na nieujawnianie wszystkiego. Gazprom uczestniczy w rynkach zachodnich i zależy mu na dobrych pozycjach negocjacyjnych.

W czasach PRL nie byliśmy przez ZSSR traktowani po partnersku, ale zawarte w latach 90. kontrakty chyba niewiele poprawiły naszą pozycję.

Gdy przejmowaliśmy rządy, nie było w praktyce żadnych kontraktów. Umowy zawierano co roku i ciągle trzeba było je renegocjować. Dlatego zawarcie długoterminowego kontraktu było dobrym rozwiązaniem. Co do krytykowanej zasady take or pay, to tak wtedy zawierano kontrakty. Nie jest też powiedziane, czy udawałoby nam się odsprzedawać niewykorzystany gaz, gdyby kontrakty to przewidziały.

W latach 90. główne cele były następujące: kontrakt z Rosjanami, odgrywanie roli tranzytowej, magazynowanie gazu u nas (wcześniej magazynowaliśmy na Ukrainie), umowy z „Północą”. Z Rosja mamy kontrakty, jesteśmy krajem tranzytowym, sporo zainwestowano magazyny, co także zmniejsza ryzyko. nie mamy jednak kontraktów z Norwegią.

Jaką rolę ogrywał wtedy Bartimpex i Aleksander Gudzowaty?

Panowało przekonanie, że Gudzowaty potrafi handlować z Rosjanami. W czasach PRL Rosja dostarczała ropę i gaz w barterze, czyli np. w zamian za maszyny. W takiej wymianie cenę ustało się co pięć lat według średniej. Chroniło to przed gwałtownymi wahaniami cen. Ponadto Rosjanie brali towary, których już nie dało się sprzedać na Zachodzie, a nawet u nas. Dzięki temu ropa kosztowała nas  tanio, choć trudno to było policzyć. Cena w rublach była prawie równa tej w dolarach. Ale produkcja na eksport za 1 rubla kosztowała ok. 2000 ówczesnych złotych, a za 1 dolara nawet 10000 zł.  Jednak Rosja wycofała się z barteru ropy, gazu, diamentów i złota. My akurat prawie niczego innego nie kupowaliśmy, od 1990 r. musieliśmy więc płacić w dolarach i ropa podrożała w rzeczywistości omal pięciokrotnie. Istniał w dodatku problem zapłaty za polskie towary, które już wysłano i wciąż wysyłano. Firmy państwowe chciały się ich pozbyć, a potem dostać od rządu (polskiego oczywiście) zapłatę. To się musiało skończyć, ale pierwsze rządy III RP obwiniano za upadek wielu przedsiębiorstw w wyniku ucięcia handlu z Rosjanami. Uważano, że były to decyzje polityczne. Każdy, kto potrafił uzgodnić z Rosjanami jakąś zapłatę, zyskiwał w kraju mocną pozycję. Gudzowaty to potrafił i Bartimpex wszedł w taką niszę. Aby dokonać rzeczowej oceny trzeba by policzyć, co naprawdę wyeksportował.

Innym problemem są relacje między PGNiG i Bartimpeksem. Podnoszone są w tej kwestii liczne wątpliwości, ale brak klarownego objaśnienia tych relacji. 

Na ile przemysł gazowy jest wciąż kontrolowany przez ludzi kierującymi się bardziej względami politycznymi niż ekonomicznymi?

We wszystkich sektorach gospodarczych powstały grupy powiązane z polityką. W przemyśle gazowym także. Przedsiębiorstwa państwowe mają łatwość gestu, znacznie większą niż prywatne firmy. Ich dyrektorzy i zarządy dysponują ogromnymi pieniędzy, a zarazem mają dużą swobodę podejmowania decyzji. To daje im silną pozycję, dzięki której mogą wpływać na politykę.

 Czy prywatyzacja tej dziedziny gospodarki zmniejszyłaby powiązania ze światem polityki?

 Tak, ale mniej niż w innych dziedzinach.  W przypadku infrastruktury państwo i tak musi być obecne i współdecydować, bo to Urząd Regulacji Energetyki pilnuje cen. Gdy firmy wymuszają ich podwyżki nawet z uzasadnionych powodów, to i tak burę zbiera rząd. Z drugiej strony jeżeli regulator państwowy blokuje podwyżki cen, to prywatny przedsiębiorca nie inwestuje i tworzy zagrożenie rzeczywistego lub pozorowanego niedoboru, awarii itp (vide casus energii elektrycznej w Kaliforni). Tak więc w takich obszarach całkowite uwolnienie od polityki jest strukturalnie niemożliwe, prywatyzacji musi towarzyszyć silna pozycja władzy regulacyjnej, rozumianej nie tylko jako prawodawca, ale kontroler kosztów a więc pośrednio i inwestycji. Istotnym jest aby były to decyzje merytoryczne, oparte na jasnej strategii, wolne od nacisków i korupcji.  

 Ale najpierw trzeba taką politykę mieć.

W ubiegłym roku na stronach internetowych ministerstwa gospodarki pojawiła się bardzo ostra krytyka polityki energetycznej – dokumentu rządu Jerzego Buzka, opublikowano jej przegląd i korekty oraz zapowiedź zupełnie nowej strategii w tej dziedzinie. Do tej pory jednak nie ma żadnego nowego dokumentu, a posunięcia Rządu świadczą o utracie inicjatywy na rzecz lobby poszczególnych sektorów, dyrekcji firm i związków zawodowych. To często one dyktują rządowi politykę. Na razie wygląda to tak, jakby to ogon machał psem.

W efekcie grozi nam woluntaryzm inwestycyjny, brak poważnych reform oraz wzrost kosztów który obciąży podatnika lub konsumenta, bo to ich interes schodzi na dalszy plan. Niektóre decyzje są zaprzeczeniem składanych deklaracji  – np kolejność prywatyzacji w Elektroenergetyce. Jednak w sumie zasada rynku poszczególnych nośników energii i państwowej regulacji toruje sobie drogę i w zakresie tempa wprowadzania zasady "dostępu strony trzeciej", a więc producentów i mozliowści wyboru dostawcy przez odbiorcę, nie odstajemy od średniej europejskiej wyznaczanej przez zaciekle etatystyczną Francję i urynkowioną Wielką Brytanię. Rzecz w tym, że ramy prawne istnieją od dawna i niektóre działania można było podjąć jeszcze wcześniej.